SŁOWO  NA  NIEDZIELĘ   


27 września 2020 – XXVI niedziela zwykła






Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego.





Chrystus przyjął postać sługi... On przyszedł nie po to, aby Mu służono, lecz żeby służyć i oddać życie za wszystkich. Chrystus był posłuszny Ojcu zawsze i we wszystkim aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Wypełniamy wolę Ojca przez posłuszeństwo wierze, żyjąc prawdą Chrystusową – bo prawda jest w Chrystusie – jako że On przyszedł na świat, aby dać świadectwo prawdzie, która zbawia i wyzwala na wieki, czyniąc nas prawdziwie wolnymi synami Bożymi, dziedzicami Boga i współdziedzicami Chrystusa, zrodzonymi z Ducha i prowadzonymi przez Ducha. Prawdziwe posłuszeństwo to słuchanie Słowa i życie nim.


Powiedzieć Bogu „tak”

To całe gloryfikowanie nierządnic – mówił mi kiedyś znajomy – okropnie mnie denerwuje. Nasz proboszcz stale raczy nas tekstem: „Nierządnice wejdą przed wami do Królestwa niebieskiego”.

Sprostowałem: Ewangelia nie mówi „wejdą”, ale „wchodzą”. Jezus nie przyznawał teoretycznego pierwszeństwa wszystkim nierządnicom! Stwierdzał jedynie fakt: spośród Jego słuchaczy to właśnie nierządnice pierwsze gotowe były w Niego wierzyć i nawrócić się.

Mój przyjaciel nadal miał wątpliwości. – To znaczy, że bardziej podobałbym się Jezusowi, gdybym był szczerą kanalią niż konformistą?

Niemało dobrych chrześcijan zmagało się z tą trudnością, zwłaszcza jeśli zostali niezbyt dobrze potraktowani na jakimś kazaniu. Z pewnością nie zdawali sobie nawet sprawy, że zareagowali trochę jak ci faryzeusze, którym Jezus zadedykował swoją przypowieść o dwóch synach.

Obydwaj chłopcy otrzymują takie samo zaproszenie. Ten szczegół ma podstawowe znaczenie: niezależnie od tego, jaka jest nasza sytuacja i nasze życie, Bóg kieruje do nas takie samo fundamentalne wezwanie i to samo nam ofiarowuje. Różnice między nami mogą wydawać się wielkie, ale są one bardzo powierzchowne wobec najważniejszego wyboru: powiedzieć Jezusowi „tak” czy „nie”.

Kiedy dwaj chłopcy słyszą wezwanie: „Idź dzisiaj i pracuj w winnicy”, jeden odpowiada „tak”, ale nie idzie. Drugi mówi „nie”, ale „opamiętał się” i idzie. Zwróćcie uwagę na te dwa słowa kluczowe: dzisiaj i opamiętał się, i pomyślcie o tych, którzy w tym momencie otaczają Jezusa. On sam jest zaproszeniem Boga, zaproszeniem najpotężniejszym: „Dzisiaj słuchajcie Mnie, słuchając mojego Syna”.

Niektórym wydawało się do tej pory, że mówią Bogu „tak”, w rzeczywistości jednak mówili Mu „nie” – nie wiedzieli, jak naprawdę mówi się Bogu „tak”. Z tego punktu widzenia faryzeusze znajdowali się dokładnie w takiej samej sytuacji jak nierządnice. Wszyscy oni stali wobec ogromnej szansy, że oto mogą nareszcie powiedzieć Bogu „tak” natychmiast (dzisiaj): wystarczy, że będą słuchali Jezusa. Nierządnice rzucają się na tę szansę, faryzeusze nawet nie drgnęli.

W jaki sposób możemy wytłumaczyć tak odmienne reakcje? Wszystko zawarte jest w słowach „opamiętał się”. Ażeby powiedzieć Bogu „tak”, trzeba najpierw dostrzec, że w tym momencie mówimy Mu „nie”. Niełatwo się do tego przyznać. Najlepszym, tym, którzy tak jak faryzeusze starają się żyć dobrze, grozi niebezpieczeństwo, że będą przekonani o swojej bliskości z Bogiem i nie przyjdzie im do głowy, że powinni się opamiętać, zmienić. Dla nierządnic ich „nie” wypowiadane Bogu było tak oczywiste, że nie wahały się, gdy zobaczyły, w jaki sposób mogą powiedzieć Mu „tak” natychmiast. My, pierwsi synowie, powtarzamy swoje gorliwe „tak”... i nic nie zmieniamy.

– To znaczy, że mamy się stać celnikami albo nierządnicami?

– Nie, musimy dostrzec, że jesteśmy celnikami i nierządnicami. W ten czy inny sposób jesteśmy grzesznikami. Jeśli to sobie uświadomimy, mamy pewną szansę, że będziemy tym drugim synem – tym, który mówi prawdziwe „tak”.

André Seve


Nie zmarnujmy ostatniej szansy

Po raz kolejny przekonujemy się, jakim realistą był Jezus, jak rozumiał ludzką naturę i ile dobrej woli okazywał wobec ludzkich wad i obojętności.

Sytuację tę zna chyba każdy człowiek. Odruchowa odmowa typu: nie mam czasu lub: dobra, później – to nasz chleb codzienny. W taki sposób dochodzi do głosu nasza wygodnicka, beztroska i leniwa natura. Ale w taki też sposób marnujemy wiele życiowych okazji i szans. Każde bowiem pozytywne zaangażowanie w jakąś dobrą sprawę rozwija człowieka, przyczynia się do ulepszenia świata i buduje dobrą atmosferę w rodzinie, firmie i w każdej ludzkiej społeczności. Dlatego potrzeba ludzi, którzy będą gotowi podjąć się realizacji różnych trudnych zadań.

Do takich wniosków nieraz nawet człowiek sam dochodzi – ale zwykle z pewnym opóźnieniem. I właśnie na takie okoliczności jest ta Ewangelia. Daje ona nadzieję wszystkim spóźnialskim. Bóg rozumie, że ktoś może się spóźnić, może popełnić błąd, może być oporny i niechętny. Według mentalności świata biznesu i kariery taki człowiek byłby przegrany: tu albo się wykorzysta szansę, albo zmarnuje; kto w porę nie zaskoczy, jest bezpowrotnie przegrany.

Bóg jednak nie chce naszych porażek i zmarnowanych szans. Jest gotów poczekać, choć także nie w nieskończoność. Dlatego potrzebny jest nam moment refleksji, opamiętania i przemiany. Trzeba mieć odwagę i determinację, by się przełamać w swoim niedbalstwie, lenistwie i niewierze, by zacząć żyć prawdziwie. Nie ma nic gorszego i bardziej zabójczego niż piękne słowa i zachowywane pozory. Są one najczęściej obliczone na samousprawiedliwienie się i bezbolesne zwolnienie z wysiłku, na znieczulenie sumienia. Jak łatwo pomylić teoretyczne uznanie jakiejś prawdy czy zasady z jej praktyczną realizacją w konkretnym życiu. Jak łatwo jest podobać się tylko samemu sobie.

Przypowieść o dwóch braciach była kolejną próbą wyjścia naprzeciw faryzeuszom, starszym ludu i arcykapłanom, czyli elicie Izraela. Jezus chciał im dać jeszcze jedną szansę nawrócenia i rewizji swoich postaw. Niestety, daremnie. Nawet przykład ewidentnych grzeszników, którzy nawrócili się pod wypływem Jana Chrzciciela, nie przekonał przywódców Izraela. Jezus celowo nie powoływał się na swoje nauczanie, lecz na działalność Jana. Była ona harmonijnie wpisana w mentalność Starego Przymierza, nie budziła żadnych kontrowersji, więc dla Izraelitów była całkowicie do przyjęcia. Zatem odrzucenie pokutnego orędzia Jana Chrzciciela było wyrazem absolutnie złej woli i lekceważenia Boga. Czy przypadkiem i my swoją obojętną postawą nie przekreślamy swoich szans na zbawienie?

Ks. Mariusz Pohl


Między słowem a czynem

Oto jeden mówi „tak” i nic nie robi; drugi zaś mówi najpierw „nie” – później jednak czyni to, co trzeba. Działanie jest ważniejsze niż słowa. Rzeczywiście? Czy to, co człowiek mówi, nie ma większego znaczenia? Czy liczą się tylko czyny? Przypowieść o dwóch synach stwarza dobrą okazję do zapytania o związek między słowami i czynami.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Oto żona pyta męża: „Smakuje ci obiad?” A on odpowiada: „Zapamiętaj sobie, że jeśli nic nie mówię, to znaczy, że jestem zadowolony”. Taka postawa jest niebezpieczna, gdyż powoli, acz skutecznie odziera ze słów wzajemne relacje tych małżonków. Ta kobieta chce wiedzieć, na czym stoi; gotowała dla męża, starała się i potrzebuje słów pochwały. Jej mąż nastawiony jest jednak wyłącznie na jedzenie, a nie na rozmowę przy jedzeniu i więzi, które mogłyby się przez nią zacieśnić. Z czasem jego żonie stanie się wszystko obojętne, będzie troszczyć się jedynie o żołądek swojego męża. Oboje zaś nie będą spożywać posiłków razem, lecz obok siebie – i to w milczeniu.

To właśnie słowo, mowa, rozmowa sprawia, że nasze czyny rodzą i zacieśniają więzi między nami. Powinniśmy sobie to na nowo uświadomić – zwłaszcza w świecie, w którym słowa się zdewaluowały, gdzie ludzie przestają z sobą rozmawiać. W domach, w których od rana do późnej nocy „gada” jedynie telewizor, powinniśmy pamiętać, że słowa są ważniejsze niż rzeczy. Ponowne odkrycie wagi słów i ich związku z czynami oraz tworzenie kultury dialogu miałoby z pewnością zbawienny wpływ na nasze wzajemne odniesienia. Język nie został nam dany po to, by nas poróżnić, oddalić od siebie, rozproszyć, lecz po to, by nas zbliżyć do siebie, byśmy się lepiej rozumieli, by zrozumiałe były nasze czyny. Dlatego słowa są takie ważne. Nie wystarczy tylko coś zrobić – trzeba to jeszcze omówić, potrzeba o tym porozmawiać. Wtedy zbliżymy się do siebie – tak jak chce tego Bóg. Wówczas też nasze czyny będą zgodne z naszymi słowami. Nasze usta i ręce będą mówiły tym samym językiem, a nasze „tak” będzie znaczyło rzeczywiście „tak”, a nasze „nie” będzie prawdziwym „nie”. My zaś będziemy coraz bardziej wnikać w najgłębszą tajemnicę naszej wiary: „A Słowo stało się ciałem”.

Ks. Adam Kalbarczyk


MYŚL  TYGODNIA




Kryterium i miarą nie będą słowa czy nawet przynależność do Kościoła, lecz czyny miłości i miłosierdzia w imię Chrystusa.