|
|
|
7 czerwca 2026 – X Niedziela Zwykła |
|
Wierzymy w Boga, który ożywia umarłych i to, czego nie ma, powołuje do istnienia. Wierzymy, mając nadzieję wbrew nadziei, ponieważ nasza wiara dotyczy zbawienia przez zaufanie Bogu, który wzbudził Jezusa z martwych. Wierzymy Bogu niewidzialnemu, który obiecał, że nie zginiemy, jeśli całą ufność złożymy w Jezusie, który umarł za nasze grzechy i zmartwychwstał dla naszego usprawiedliwienia. Komentarz do pierwszego czytania Prorocy byli ludźmi mówiącymi słowami Boga. Pan wybierał i posyłał swojego człowieka, aby inni mogli poznać Bożą wolę i doświadczyć ojcowskiej troski i miłosiernej miłości Stwórcy. Ozeasz jest wśród tych wybrańców Pana postacią wyjątkową. Został zaproszony przez Boga do bycia nie tylko głosem wołającym o sprawiedliwość, ale również żywym znakiem tego, jak kocha Bóg. Ukochany Lud Pana przestał Go szukać. Oblubienica Jahwe znalazła sobie innych bogów. Przymierze łączące Boga i ludzi zostało zranione w samo serce. Miłość Boża jednak się nie poddała. Ozeasz jako człowiek Boga, miał pokazać własnym życiem dramat tej nieszczęśliwej relacji: przerażającą rzeczywistość odstępstwa Izraela i nieustępliwą miłość Jahwe. Z woli Boga ten człowiek dobry i sprawiedliwy miał wziąć za żonę prostytutkę. Mimo jej ciągłych zdrad miał przyjmować ją do domu i wytrwale prowadzić do poprawy życia. Tak Ozeasz stał się znakiem i zaproszeniem, aby ci, którzy już nie szukają Pana, rozpalili w sobie tęsknotę za Nim, i ci, których miłość była jak poranna rosa, nie zwątpili, że mimo wszystko są kochani. Życiem tego niezwykłego człowieka Bóg nie przestaje pukać do ludzkich serc, i wciąż przypominać, że pragnie bardziej miłości, niż ofiar. Dobrze, że jesteś, Ozeaszu, bo Miłość ciągle nie jest kochana...
Komentarz do drugiego czytania Paweł Apostoł przywołuje świadków prawdy o tym, że to wiara, a nie spełnianie uczynków prowadzi do usprawiedliwienia. Dziś autor Listu do Rzymian przywołuje historię Abrahama. Jego największą zasługą, którą poczytano mu za sprawiedliwość, było zawierzenie nadziei wbrew nadziei. Przedmiotem nadziei było ojcostwo, którego według ludzkich kryteriów Patriarcha nie mógł już doświadczyć. Jego ciało było już „obumarłe”. Równie niezdolne do przekazania życia było łono Sary. Łatwiej było wyjść z rodzinnego domu i z ojczystej ziemi, i uwierzyć, że kiedyś ta ziemia będzie należała do wyruszającego w drogę klanu, który stanie się narodem, niż uwierzyć, że stulatkowie zostaną rodzicami. Abraham dobrze wiedział, że nie ma szans. Natura nie przewidziała rodzicielstwa dla takich ludzi, jak on i Sara. Jednak kiedy usłyszał od Boga, że zostanie ojcem, a ziemię otrzyma potomstwo zrodzone z niego i jego bezpłodnej małżonki, nie odwrócił się od Boga plecami. Uwierzył, że niemożliwe stanie się możliwe, dlatego, że tak mówi Bóg. Boże słowo wystarczy. Ten, który jest prawdą, nie może kłamać i zwodzić. Miłość nie bawi się kochanym sercem w tak okrutny sposób. Nic tak nie boli, jak zawiedziona nadzieja. Nic tak nie buduje, jak niezachwiana wiara, wbrew wszystkiemu, w imię miłości. Tak wierzył, tak kochał, tak ufał Ojciec Abraham. I poczytane mu to zostało za sprawiedliwość.
Komentarz do Ewangelii W zwięzłych słowach Ewangelia opowiada nam dziś o wielkiej tajemnicy Boga – Jego Miłosierdziu. Mówi o niej najpierw, kiedy opisuje powołanie celnika Mateusza. Wszystko dokonuje się jakby niespodzianie i z dużą dynamiką. Wychodzący z Kafarnaum Jezus widzi siedzącego w „komorze celnej” człowieka. Za spojrzeniem Jezusa idzie wezwanie. Za wezwaniem idzie odpowiedź wołanego. Zdumiewa i jedno, i drugie. Jezus zaprasza do wspólnoty uczniów człowieka przez innych wyłączonego ze wspólnoty narodowej, pogardzanego powszechnie kolaboranta okupantów. Jeszcze większe zdziwienie może budzić fakt, że ten zawołany wstaje i idzie za Jezusem. Cud miłosierdzia – zobaczyć człowieka na dnie jego nocy, w „komorze celnej” odstępstwa, chciwości, pożądania…I takiemu człowiekowi powiedzieć: chodź za mną…Cud miłosierdzia – wyrwać się bez zwlekania z ciemności ku światłu, bez odkładania na później, na jutro, na następną okazję… Akt drugi rozgrywa się przy stole, zastawionym dla Jezusa, przy którym znaleźli się miejscowi publiczni grzesznicy. Trudno nam sobie wyobrazić np. kościelnego dostojnika, który przy okazji wizytacji nie zatrzymuje się na obiad u najpobożniejszych mieszkańców, ale szuka wspólnego stołu ze znanymi ze ździerstwa, chciwości, zdrady ideałów ludźmi, a na dodatek kręcą się w pobliżu byłe prostytutki. Przy takim stole siedział Jezus. Nie dziwmy się zdziwieniu i zgorszeniu publicznie sprawiedliwych. Jeszcze nie rozumieli, na czym polega miłosierdzie Boga. Jeszcze musieli się nauczyć, że On daje szansę każdemu ludzkiemu sercu. Im bardziej to serce pogubione, tym bardziej miłosierdzie Boga je ściga… On naprawdę chce bardziej miłosierdzia niż ofiary… i wciąż powołuje grzeszników, bo ci, usprawiedliwieni Jego łaską, wiedzą, jak wiele im wybaczono. Spotykać się z ludźmi, z którymi „nie wypada” się spotykać? – Widzieliście, z kim wasz nauczyciel zasiada do stołu? To skandal! Co na to wy, Jego uczniowie? Kłopotliwa sprawa. Jeśli nie będę spotykał się z ludźmi, z którymi „nie wypada” się spotykać, wtedy będę normalny, nieprawdaż? Jezus powołał właśnie Mateusza, jednego z tych poborców podatkowych, którymi pogardzano i których uważano za publicznych grzeszników, ponieważ kolaborowali z rzymskimi okupantami (poganami!), a wykonywany zawód czynił ich bezwzględnymi i nie zawsze uczciwymi. I oto Jezus nie tylko że wybrał jednego z nich na swojego ucznia, ale jeszcze przyjmuje jego gościnę i zasiada do stołu z ludźmi tego samego pokroju. „Z grzesznikami!” – mówią oburzeni faryzeusze. Bliscy Jezusa milczą. Cóż mogą odrzec? Szli jak zawsze za swoim rabbi, ale oburzenie faryzeuszy uświadomiło ich, że zasiadanie do stołu razem z tymi „grzesznikami” to wchodzenie w układ ze złem. W tamtych czasach posiłek był – o wiele bardziej niż dla nas, znakiem więzi i wspólnoty.
Jezus przyszedł do wszystkich, ale czuje, że trudno będzie ewangelizować tych „sprawiedliwych”. Ponieważ są naprawdę ludźmi sprawiedliwymi, autentycznie pragną nimi być, znają przepisy i starają się ich przestrzegać. Ale przechodzą obok tego, co najistotniejsze: obok wezwania do miłości. Pycha z powodu swojej wierności i odraza, którą czują wobec grzeszników, czynią ich ludźmi wyniosłymi i oschłymi, niezdolnymi spojrzeć z odrobiną choćby przyjaźni na „chorych”. Natomiast Jezus patrzy życzliwie na tych „chorych”, którzy się śmieją i piją, na tych ludzi nieco wulgarnych i podejrzanych, których Prawo zupełnie nie interesuje, ale którzy mają serce na dłoni i natychmiast gotowi są przyjąć ewangeliczne wezwanie. Dowód: kiedy Mateusz usłyszał: „Pójdź za Mną”, wstał natychmiast. Jezus próbuje skruszyć twarde i zamknięte serca faryzeuszy: „Starajcie się zrozumieć”. I wypowiada prawdę jasną, oczywistą, którą tak zawzięcie staramy się zaciemniać: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”. Aby to naprawdę zrozumieć, trzeba nosić w sercu Boże miłosierdzie – cudowną równowagę między dobrocią wobec grzesznika i jasnym potępieniem grzechu. Łatwo to powiedzieć – brzmi to nawet jak slogan – ale jak trudno wprowadzić w życie. Albo jesteśmy bardzo dobrzy i słabi, niemal tolerancyjni, albo bezlitośnie wydajemy sądy: „Z takimi ludźmi się nie zadaję”. Najczęściej lawirujemy, nie mogąc się zdecydować: przymknąć oczy, czy potępić? Żeby walczyć z rozszerzaniem się zła, bronić moralności, pozostać ludźmi czystymi, pewnymi. Jezus jest tutaj bardziej niż kiedykolwiek naszym nauczycielem. Głosi, że trzeba być miłosiernym: „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: miłosierdzia chcę”. Ale pokazuje również, w jaki sposób miłosierdzie może być dobrocią, nie będąc współudziałem. Jeśli Jezus wchodzi pomiędzy grzeszników, to nie po to, żeby ich zaaprobować, lecz aby im pomóc; nie odrzuca nikogo, a jednak nie idzie na żaden kompromis. Możemy uczyć się od Niego jak być dobrym, nie będąc tchórzem, jak być stanowczym, nie odrzucając nikogo. Nic nie może nas bardziej do Niego zbliżyć: gdy jesteśmy miłosierni, jest w nas coś z Boga. Ale nie jesteśmy Bogiem. Miłosierdzie Jezusa jest nieskończenie czyste, podczas gdy nasze zawsze będzie nieco cherlawe albo, co gorsza, nasiąknięte pychą. Trzeba zdecydowanie odrzucić poczucie, że jesteśmy ludźmi sprawiedliwymi, zajmującymi należne miejsce pośród sprawiedliwych. Musimy przyjąć tę wielką prawdę (nieco trudną do przełknięcia), że wszyscy – ci, którzy uważają się za sprawiedliwych, ci, którzy spokojnie grzeszą i ci, którzy pokornie walczą z grzechem – dla Lekarza wszyscy jesteśmy ludźmi chorymi. André Sève Dlaczego jada z grzesznikami? Podobnie jak w czasach Pana Jezusa, tak i dzisiaj powraca pytanie, czy można usiąść do stołu z grzesznikami. l tak jak wówczas stoi za tym pytaniem jakiś brak wiary, że człowiek może i powinien się zmienić na lepsze.
Ewangelia z dzisiejszej niedzieli pokazuje nam Jezusa, zasiadającego do stołu z ludźmi, których przekreślono -zakwalifikowano do określonej kategorii, zaszufladkowano i zepchnięto na margines życia. Zamknięto przed nimi drzwi i powiedziano: niech umierają w swoich grzechach. To właśnie z tymi, co zostali odrzuceni i co do których wydano wyroki, Jezus siada do stołu. Na przekór wszystkim. Wbrew tzw. dobrym obyczajom i nie zważając na to, co ludzie powiedzą. Idzie do tych, „którzy się źle mają”. Czyż nie jest to Ewangelia na dziś, dla każdego z nas? Nie tylko dla polityków, dla tych, co spierają się o przeszłość i przyszłość, ale dla każdego... Stawiając wymagania i innym ludziom, i sobie samym, nie możemy zapomnieć, że Kościół jest wspólnotą, która ma człowieka podnosić z upadków i umacniać każdego, kto czuje się słaby, bo i Chrystus „nie przyszedł powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Dariusz Madejczyk
Powołanie Mateusza Mateusz był urzędnikiem pobierającym podatki i opłaty dla okupujących Palestynę Rzymian. Mieszkańcy zawładniętych przez nich krajów musieli uiszczać podatek gruntowy, podatek tzw. pogłowia obejmujący dobra ruchome oraz inne podatki pośrednie ściągane przez celników. Żydzi płacili dodatkowo coroczną daninę na rzecz świątyni. Urzędnicy tacy jak Mateusz byli znienawidzeni przez swoich pobratymców. Żydzi uważali ich za publicznych grzeszników ze względu na ich związki z pogańskim okupantem oraz nadużyciami, których się dopuszczali. Stronili od nich wszyscy z wyjątkiem Jezusa. Mateusz, gdy został powołany na ucznia Jezusa, zrozumiał, że ma odmieniać ten świat oszustwa i korupcji, w którym funkcjonował. Pozbawiony skrupułów celnik zrozumiał swoje powołanie, gdyż sam doznał niezwykłego zrozumienia ze strony Jezusa. I to był początek jego nowej drogi. Napisaną później ewangelię Mateusz zaadresował do świata kultury greckiej dominującej wówczas w Imperium Rzymskim. Rzymianie sprawowali władzę polityczną nad krajami basenu Morza Śródziemnego, ale ich nauczycielami byli Grecy. Celnik Mateusz napisał więc ewangelię, z którą wyruszył na podbój greckiego sposobu myślenia, aby zdobyć ówczesny świat dla Jezusa. Przekroczył granice własnej mentalności, aby dotrzeć do ludzi, wśród których przed nawróceniem się obracał i których dobrze rozumiał - podobnie jak Jezus doskonale rozumiał jego sytuację życiową. Ks. Paweł Wojtas
Pomimo dwutysiącletniego oddziaływania Ewangelii, nasze myślenie niewiele odbiega od mentalności współczesnych Jezusowi tłumów. Myślenie ewangeliczne z trudem toruje sobie drogę do ludzkich serc, a jeszcze trudniej dociera do umysłów. Kto wie, może nawet nasze oburzenie na łaskę okazaną Mateuszowi byłoby dziś jeszcze większe? Dlatego trzeba pochylić się nad tą Ewangelią, by zrozumieć jej głębsze przesłanie.
Liczy się, czy w takiej kluczowej chwili człowiek powie Bogu tak, czy też odmówi. Tylko to ma znaczenie i wpływ na dalsze życie i na całą wieczność. Jezus nie wybierał kandydatów na swoich uczniów w ciemno, z przypadku. Miał dobre rozeznanie. Przecież spędził w Kafarnaum kilka dni, rozmawiał, nauczał, obserwował reakcje słuchaczy – poznawał łudzi i wyrabiał sobie własną, miarodajną opinię, niezależną od płotek, uprzedzeń i ludzkich względów. Na tej podstawie zwracał się ze swoją propozycją. Zależnie od odpowiedzi człowiek stawał się uczniem Chrystusa albo też odrzucał dar powołania. I ta reakcja, decyzja na tak lub na nie, była najważniejsza. Z drugiej strony – taka decyzja człowieka też nie była pochopna. Mateusz również miał okazję wyrobić sobie swoją opinię o Jezusie i Jego nauczaniu. Skoro porzucił tak prestiżową i dobrze płatną posadę, na pewno nie zrobił tego tylko wskutek nastroju chwili: finansiści nie są skłonni do reakcji pod wpływem nagłego porywu uczuć, ważą argumenty, koszty, ryzyko, badają za i przeciw. Mateusz musiał przemyśleć ten krok, zanim go uczynił. Wiedział, że od tego momentu zmieni się całe jego życie. A jednak nauka Jezusa i akceptacja, jaką Jezus na kredyt okazał Mateuszowi, skłoniły go do radykalnej zmiany życia. Faryzeusze, którzy sami wzgardzili Jezusem, oburzali się, gdy ktoś Go słuchał i odpowiadał pozytywnie na Jego propozycje. Oni osądzali człowieka na podstawie skostniałej litery, martwych, formalnych kryteriów, własnych sympatii i uprzedzeń; Chrystus uwzględnia całą prawdę o człowieku: czyli nie tylko to, kim my jesteśmy, ale także to, jak ukochał nas Bóg. Powołanie nie jest naszą zasługą, lecz darmowym darem Bożej miłości. MYŚL TYGODNIA
Człowiek jest
powołany do czegoś znacznie większego |